poniedziałek, 8 listopada 2010

Federweißer - mlode winko







Trzy lata czekaliśmy na te chwile…. Gdy po raz pierwszy w 2007 spróbowaliśmy Federweißer wiedzieliśmy, ze to jest smak, na który warto czekać, żeby lato jak najszybciej się skończyło! Federweißer to wino dopiero w powijakach, czyli pierwsze stadium wina dojrzałego: jeszcze fermentujący moszcz. Nie jest to napitek specjalnie wymyślny: po prostu ktoś kiedyś skosztował niedojrzałego wina i uznał, że smakiem tym należy podzielić się z innymi. Młode wino jest w sprzedaży już pod koniec września i można się nim delektować około miesiąca. Właśnie w pierwszych dniach listopada trafiliśmy na jego końcówkę…. Jak wiadomo, wraz z upływem czasu napój dojrzewa i staje się już normalnym winem: fruktoza zawarta w winogronach ulega rozkładowi na dwutlenek węgla i alkohol. Dzięki znajdującym się w moszczu kulturom drożdży fermentacja następuje bardzo szybko, więc młode winko jest w zasadzie "młode" tylko kilka dni. Właśnie ze względu na szybką fermentację, młode wino sprzedawane jest w butelkach z dosyć luźnymi zakrętkami albo bez zakrętek. Chodzi oczywiście o to, by dwutlenek węgla gromadzący się w wyniku wciąż zachodzącej fermentacji, mógł swobodnie uciekać w atmosferę, zaś delikatnie schłodzona butla młodego wina nie wybuchła. Federweißer smakuje jak słodki sok, ma zaledwie 4-5% alkoholu, zaś dzięki obecności dwutlenku węgla jest to "sok" lekko musujący.
W Niemczech jedną z ulubionych potraw jesiennych towarzyszacych Federweisser jest placek cebulowy. W Alzacji mamy jego odpowiednik Flammkuchen, gdzie indziej spotkamy Quiche Lorraine
Zaopatrzeni w tak cenna wiedze na temat napitku i jego kompana, w piątkowy wieczór zameldowaliśmy się w niewielkim hoteliku w uroczym Cochem w dolinie Mozeli, gdzie przez cały weekend trwał festiwal Federweißer. Cóż było robić z tak mile rozpoczętym wyjazdem – oczywiście poszukać dobrej knajpy! Uwieńczeniem piątku były 3 rodzaje mięs w kremowym sosie w towarzystwie buteleczki schłodzonego rieslinga.
Pech chciał, ze cały weekend lalo, wiec spacery były z konieczności krótkie, a przesiadywania w knajpach długie… Człowiek to ma pecha… Ostatecznie zaliczyliśmy jednak spacery po Cochem i Trabach i wizytę w zoo w Klotten, żeby Helka tez cos z tego wyjazdu miała. Sobotni wieczór sponsorowała goloneczka na kapuście w towarzystwie znanego nam już wytrawnego rieslinga. Federweißer został zapakowany do auta i jeszcze się nim nacieszymy w tym tygodniu. I czekaj człowieku do następnego września…. :-(((