

Nie zdążyliśmy o tym napisać przed wyjazdem na święta, ale niektórym opowiadaliśmy. Kiedy w Polsce panowały przedświąteczne mrozy również Belgią wstrząsnęło załamanie pogody. Temperatura -10 stopni i silna śnieżyca. Takich warunków pogodowych nie pamiętają najstarsi Belgowie, nie mówiąc już o drogowcach zupełnie nie przystosowanych do usuwania skutków opadów śniegu. Jest w Belgii co prawda kilka piaskarek, ale o śnieżnych pługach nikt nie słyszał. Tak więc grudniowe opady skutkowały 1 dniowym przymusowym urlopem dla części mieszkańców kraju spod znaku frytek i majonezu. Ogłoszono stan klęski. Na Sint Steffanstraaat biegnącej koło naszego domu dzieciaki urządziły górkę saneczkową, a samochody nie mogły pod nią podjechać. Opady zaczęły się koło południa i dopiero około pierwszej w nocy jeden z sąsiadów zaczął odśnieżać uliczkę przy naszym bloku. Jak się później okazało na całej ulicy tylko on miał łopatę do odśnieżania. Dziwne, bo to jedyny czarnoskóry sąsiad i akurat po nim chyba się nikt nie spodziewał takiego zapału. Dołączam kilka zdjęć zrobionych z okna naszego domu.