
Takie male tradycje zaczynaja wypelniac nasza egzystencje coraz pelniej. Co roku czekamy wiec na koniec listopada, kiedy Particia i Buono wroca od rodzicow z Sycylii i przywioza (chyba cala beczke) swieza oliwe z oliwek dla spragnionych slonca w butelce, kolegow z pracy. Oliwa jest oczywiscie tloczona na zimno, gesta, metna, o niezwyklym aromacie i lekko zielonkawym kolorze. Rodzice maja plantacje oliwek i nadmiar tloczonej sobie oliwy co roku sprzedaja znajomym. Za oknem wiec lezy snieg i lekki mrozek, a my sie raczymy najprostszym daniem na swiecie - goraca, wyjeta wlasnie z piekarnika ciabatta moczona hojnie w swiezutkiej oliwie. Pycha!
PS. Spoko, spoko kupilismy na zapas dla tych, co dostawali co roku po butelczynie na swieta...