No i skończyła się nasza miłość do tego kraju. W Barcelonie mimo wielu ostrzeżeń i ostrożności jakimś cudem, a raczej sprytem dopadł Mózga kieszonkowiec. No w zasadzie to była kobieta, ale nie wiem jak nazywa się kobieta kieszonkowiec, kieszonkarka? kieszonkówka? Tak czy inaczej na straty musieliśmy spisać telefon, karty kredytowe i dokumenty. Na szczęście Pinki miała paszporty w swojej torebce więc powrót do kraju jest wciąż możliwy bez wizyty w konsulacie. Spędziliśmy dzień na posterunku policji pocieszając się, że Mózg nie jest jedyny, tłumy które tu ściągają dały się okraść w podobny sposób. Nie chcemy wracać do Barcelony, resztę czasu spędzimy w okolicznych miejscowościach. Teraz wygrzewamy się na plaży przyglądając się sunącym po falach serferom. Ach no i Pinki zaprosiła na urodzinowy obiad do fajnej knajpki nad brzegiem morza. Pychota!





