Dawno nie byliśmy w Amsterdamie… no i chyba to przede wszystkim zadecydowało o naszej wędrówce do tego „wyzwolonego” miasta. Wyzwolonego piszę w cudzysłowie, bo Pinki nie bardzo się podoba mnóstwo coffebarów wypełnionych oparami haszyszu i marihuany , sklepów erotycznych i domów publicznych z wyglądającymi przez okna pół nagimi kobietami na głównej ulicy miasta. Cóż, taka jest egzotyka Holandii, ale jak się nie zwraca na to uwagi to całkiem sympatyczny nowoczesny kraj. Czasami nazbyt nowoczesny. Wydaje się, że brakuje mu odniesienia do kultury, historii, ale ponoć to tylko pozory. Holendrzy wolą patrzeć w przyszłość zamiast oglądać się do tyłu. Pod tym względem to iście kalwinowskie podejście do świata. Inną rzeczą jaką odziedziczyli po reformacji, to brak firanek i zasłon w oknach. Ma to być dowodem ich otwartości, przejrzystości morale itp. Wiemy to wszystko od Thierrego, który nam towarzyszył w wycieczce. Pretekstem do wyprawy była wystawa w centrum sztuki współczesnej. Najlepsze zdjęcia z 60 lat istnienia agencji Magnum. Legendarne fotografie pokazujące współczesny świat. Rewelacyjna ekspozycja, spędziliśmy tam blisko 3 godziny! A można by jeszcze i trzy razy tyle ale robiło się późno. Wcześniej zjedliśmy lunch na mieście w chińsko-indyjskiej knajpce. Bardzo sympatycznie. Czekała nas tylko jedna przykra niespodzianka. Za 4 godziny parkingu zażądano 26 euro! To tyle ile za 3 dni postoju auta w Brukseli. No, ale za gapowe trzeba płacić. Mogliśmy sprawdzić ceny. Robiło się co raz zimniej i mokro, więc szybko wyruszyliśmy do kolejnego celu wyprawy. Było to atelier znajomej Thierrego, malarki, którą poznał będąc w Islandii. Seneka bo tak ma na imię to przesympatyczna, ciepła, miła i otwarta kobieta. Ugościła nas ciepłą, aromatyczną kawą i cynamonowymi ciasteczkami, holenderską specjalnością. Opowiadała wiele o życiu artysty, trochę samotnika a dwójką dzieci. O tym jaka jest Holandia, jak proste i skomplikowane jednocześnie jest mieszkanie w Amsterdamie. O swoim zawodzie, o planach artystycznych, o wystawach… i tak płynęły kolejne godziny na rozmowach, oglądaniu prac i popijaniu napojów. Za oknem zapadł zmierzch, dzieciaki zaczęły domagać się kolacji, a my moglibyśmy przesiedzieć tam całą noc. Niestety trzeba było wracać do domu. Pożegnaliśmy się i zaprosiliśmy Senekę do naszego domu. Może kiedyś odwiedzi nas w Brukseli.niedziela, 9 marca 2008
Amsterdam
Dawno nie byliśmy w Amsterdamie… no i chyba to przede wszystkim zadecydowało o naszej wędrówce do tego „wyzwolonego” miasta. Wyzwolonego piszę w cudzysłowie, bo Pinki nie bardzo się podoba mnóstwo coffebarów wypełnionych oparami haszyszu i marihuany , sklepów erotycznych i domów publicznych z wyglądającymi przez okna pół nagimi kobietami na głównej ulicy miasta. Cóż, taka jest egzotyka Holandii, ale jak się nie zwraca na to uwagi to całkiem sympatyczny nowoczesny kraj. Czasami nazbyt nowoczesny. Wydaje się, że brakuje mu odniesienia do kultury, historii, ale ponoć to tylko pozory. Holendrzy wolą patrzeć w przyszłość zamiast oglądać się do tyłu. Pod tym względem to iście kalwinowskie podejście do świata. Inną rzeczą jaką odziedziczyli po reformacji, to brak firanek i zasłon w oknach. Ma to być dowodem ich otwartości, przejrzystości morale itp. Wiemy to wszystko od Thierrego, który nam towarzyszył w wycieczce. Pretekstem do wyprawy była wystawa w centrum sztuki współczesnej. Najlepsze zdjęcia z 60 lat istnienia agencji Magnum. Legendarne fotografie pokazujące współczesny świat. Rewelacyjna ekspozycja, spędziliśmy tam blisko 3 godziny! A można by jeszcze i trzy razy tyle ale robiło się późno. Wcześniej zjedliśmy lunch na mieście w chińsko-indyjskiej knajpce. Bardzo sympatycznie. Czekała nas tylko jedna przykra niespodzianka. Za 4 godziny parkingu zażądano 26 euro! To tyle ile za 3 dni postoju auta w Brukseli. No, ale za gapowe trzeba płacić. Mogliśmy sprawdzić ceny. Robiło się co raz zimniej i mokro, więc szybko wyruszyliśmy do kolejnego celu wyprawy. Było to atelier znajomej Thierrego, malarki, którą poznał będąc w Islandii. Seneka bo tak ma na imię to przesympatyczna, ciepła, miła i otwarta kobieta. Ugościła nas ciepłą, aromatyczną kawą i cynamonowymi ciasteczkami, holenderską specjalnością. Opowiadała wiele o życiu artysty, trochę samotnika a dwójką dzieci. O tym jaka jest Holandia, jak proste i skomplikowane jednocześnie jest mieszkanie w Amsterdamie. O swoim zawodzie, o planach artystycznych, o wystawach… i tak płynęły kolejne godziny na rozmowach, oglądaniu prac i popijaniu napojów. Za oknem zapadł zmierzch, dzieciaki zaczęły domagać się kolacji, a my moglibyśmy przesiedzieć tam całą noc. Niestety trzeba było wracać do domu. Pożegnaliśmy się i zaprosiliśmy Senekę do naszego domu. Może kiedyś odwiedzi nas w Brukseli.