
Rzadko ostatnio piszemy, ale musicie nam wybaczyć bo tak szalonego okresu dano nie było. Zanosi się , że ten tydzień nie będzie lepszy. Wczoraj oddelegowaliśmy naszych gości w drogę powrotną do kraju. A gościła u nas Kinga (koleżanka z dawnej pracy Pinki), jej mąż Rafał (bardzo sympatyczny) i dwójka ich dzieci Piotr i Paweł. Wizyta trwała od czwartku do wczorajszego poranka. Wypełniło ją zwiedzanie urokliwych zakamarków Brukseli, Antwerpii, Waterloo… wieczory przy winie, i belgijskim pysznym piwie (nawet ja je polubiłem), kabanosach przywiezionych przez gości z kraju, krajowej wódeczce. Czego to nie było… słowem bardzo miły czas. Niestety musieliśmy pracować w czasie kiedy nie towarzyszyliśmy gościom. W Belgii Boże Ciało nie jest dniem wolnym od pracy, a więc nie mieliśmy długiego weekendu tak jak reszta. No cóż. Wczoraj po odjeździe całej czwórki wybraliśmy się do amerykańskiej bazy wojskowej gdzie organizowany jest co miesiąc pchli targ. Za bardzo niewielkie kwoty można nabyć całkiem nowe rzeczy, których pozbywają się wyjeżdżający z Belgii żołnierze nie chcąc targać całego majdanu ze sobą przez Atlantyk. Nic nie kupiliśmy, ale za to najedliśmy się za wszystkie czasy prawdziwych zgniło kapitalistycznych hamburgerów, które według nas , są przepyszne. Potem jeszcze była wizyta w kinie na nowym odcinku Indiana Jones (jeśli ktoś nie był to szczerze odradzamy). Tak kiczowatego filmu dawno nie widzieliśmy. Oczywiście, że wiedzieliśmy czego się spodziewać, i sądziliśmy, że ten kicz będzie nas śmieszył, ale czasami był zbyt żenujący. A na koniec dowiedzieliśmy się, że na lotnisku w Brukseli samolot transportowy złamał się na pół. A więc w te pędy ruszyliśmy samochodem, żeby zrobić zdjęcia. I oto efekt na blogu.