wtorek, 9 grudnia 2008
Kawa po turecku
Poprzedni tydzien uplynal na ciezkiej pracy.... ale nie wszystkim! Wybrani udali sie na 2-dniowa wyprawe po zlote runo do Ankary. Architektonicznie nic szczegolnego, ale jedzonko wyborne. Poniewaz mialam spotkanie wczesnym wtorkowym switem, to trzeba bylo poleciec juz w poniedzialek. Cala banda takich jak ja liczyla 5 osob z mojej dyrekcji, ale nie tylko. Wieczorem postanowilismy cos obejrzec i sprobowac lokalnych specjalow. Z ogladania wyszly nici, bo lalo ciurkiem i nawet z parasolem bylo ciezko chodzic. Za to jedzenie jak zwykle zakonczylo sie sukcesem. Kazde z nas wzielo cos innego i po ogolnym probowaniu postanowilismy wystawic kucharzowi same 5 !!!. Ku mojemu zdziwieniu w Turcji bardzo czesto wypieka sie chleb z nasza ulubiona czarnuszka. Kiedys tak bylo w Polsce, ale jak przyszedl kapitalizm to chleb zamiast sie poprawic, to sie pogorszyl. Tak czy owak, poprosilam kelnera zeby mi napisal jak nazywa czarnuszka po turecku i postawilam sobie za cel, ze nastepnego dnia kupie troche w jakims spozywczym. Po nadzwyczaj udanej kolacji ze wszystkimi przystawkami, deserami i 3 rodzajami herbaty zaczelismy zbierac sie do wyjscia. W samych drzwiach ten kelner mnie dopadl i wreczyl cale opakowanie czarnuszki, zebym nie musiala szukac po sklepach. To sie juz w Polsce nie zdarza, a co dopiero mowic w Belgii !!! Turcy to niezwykle goscinny narod i szanuja kilenta, ze az milo... Zanosi sie, ze bede tam wracac.