
Wczoraj pozwolilismy sobie na podwojny fusion - w kuchni i przy dobieraniu gosci na kolacje. Z od dawna zapowiadana wizyta wpadli Mireille i Randy a ze smieciami obok przypadkiem przechodzil Thierry wiec tez sie zalapal. Mireille to rodowita Belgijka, wlascicielka naszego poprzedniego mieszkania. Jej maz Randy to Amerykaniec, ktory pol roku (lato) spedza w Stanach budujac baseny, a drugie pol (zima) w ich zameczku kolo Namur, piszac fajnego bloga i wysylajac smieszne filmiki do znajomych. Thierry to teoretycznie Francuz, ale prawie cale zycie spedzil w Brukseli, a najchetniej toby byl Slowencem... Tylko nasza dwojka jakos z tego samego kraju.
Na stol poszla najpierw przystawka z grzanek z kozim serem, jablkiem i miodem. Okazalo sie, ze cala 5 jest wielbicielami "chevre" wiec zanim sie skonczyla pierwsza butelka wina, grzanek nie bylo.... Nastepnym razem trzeba drastycznie zwiekszyc ilosci!
Za to na obiad byly najprawdziwsze niemieckie spatzle, przywiezione w sobote z Aachen. Chyba gosciom smakowaly bo chlopaki to po 2 dokladki brali. Przebojem wieczoru byl Mozga doskonaly gulasz wegierski z kiszona kapusta i smietana. Nic nie zostalo ;-(
Poniewaz chyba wszyscy oprocz Mireille sa na diecie (!) to zamiast slodyczy zakupilismy sery - St.Marcellin, Reblochon, Beaumont, Chevre i Fourme d'Ambert. Koncowy wynik jak w przypadku gulaszu...
Tak wiec wieczor byl dlugi i owocny, okolo polnocy goscie w koncu dali za wygrana i niespiesznie rozjechali sie spatuchny.