W srode rano obudzilam sie z potwornym bolem reki... Co za czort? Po kilku nieudanych probach umycia sie i ubrania zadzwonilam do naszego znajomego fizjoterapeuty na rogu z prosba o wizyte i jakies cwiczenia, bo lapa ruszac nie moge. Fachowiec raczke obejrzal i zawyrokowal - operacja! bo zerwane sciegno. W szpitalu kolo mojej pracy jest taki specjalny oddzial chirurgii reki, wiec w czwartek rano polecielismy nastawieni na ciecie i szycie. Drugi fachowiec raczke obejrzal i potwierdzil diagnoze, ale najpierw usg. Na pocieszenie dodal, ze operacja krotka, bo tylko 1h i po wszystkim mozna isc do domu. Jeszcze tylko gips na 3 tygodnie i pozniejsza rehabilitacja..... Cale szczescie, ze na usg siedzial inny fachowiec, bo raczke obejrzal doglebnie i zawyrokowal, ze sciegno nie zerwane, ale zapalone! Tak wiec niech sobie operacje robia na kims innym, a mi zrobili cholernie bolacy zastrzyk (podobno za 3 dni ma byc widac poprawe :-) i wlozyli w usztywnienie. Kontrola za tydzien, a zwolnienie do swiat...W ramach pocieszenia Mozg (jak tylko przestal sie juz smiac) postawil chorej urodzinowy obiad w tajskiej knajpie. Ja wzielam Phad Thai Mua, a malzonek Pla thod kratiem prikthai. Dla pierwszych, ktorzy podajma sie rozszyfrowania przewidziana nagroda ;-)))
PS. Dostalam tez sliczna nowa torebke Oilily