
Już zostaliśmy opitoleni, że nie piszemy na blogu, ale to nie nasza wina tym razem. Pretensje proszę wnosić do łaskawców, którzy nas zaprosili do Płocka. Gościliśmy tam na weselichu co się zowie. Młoda para to Kasia (córka cioci Jadzi - siostry mamy Ani ) oraz Michał, nowy w rodzinie, ale już pupilek wszystkich cioć i wujków. Prawdę powiedziawszy to jest w tym trochę racji gdyż nowy członek społeczności jest przemiły i zawsze duszą towarzystwa. Na weselu zabawom i tańcom nie było końca, szkoda, że tak szybko musieliśmy uciekać, ale cóż.. obowiązki wzywały. A więc pohulaliśmy do oczepin, sprawdziliśmy, że panna młoda została oczepiona ;-).

Wzięliśmy udział w co ciekawszych zabawach i czmychnęliśmy do łóżek. Czekała nas długa droga do domu już następnego wieczora. Postanowiliśmy jechać nocą, gdyż mniej zatłoczone drogi pozwalają pokonać niebagatelną trasę Płock – Bruksela w 10-11 godzin, kiedy za dnia trzeba poświęcić na to koło 13-14. A poza tym, wracając nocą ma się dodatkowy dzień na wypoczynek. Wracaliśmy więc samochodem załadowanym po dach. Mieliśmy ambitny plan, żeby zabrać resztę naszych rzeczy z domu w Płocku. Niestety nie do końca się to udało, bo w piwnicach wciąż zalegają stosy płyt a na półkach w domu setki książek. No cóż, częściowo się nam udało plan zrealizować a reszta może za rok… Po wyjeździe mamy w Brukseli zastawę stołową (pełen komplet ślubny) co pozwala nam przyjmować tabuny gości, trochę książek, resztę soków i dżemów z piwnicy, holenderskie buty w krowie łaty, główkę młodej kapusty, dwa kilo ogórków do przygotowania małosolne , zestaw przypraw, koper, cebule i inne bardzo potrzebne na emigracji rzeczy. W planach na najbliższe dni mamy przyjazd gości czyli Kasi i Michała u których gościliśmy na weselu. Chcą u nas spędzić tydzień poślubny. A po ich wizycie my się wymykamy na wczasy, wciąż nie wiemy gdzie….. w świat, w podróż przed siebie , za horyzont… zobaczymy co przyniesie los.