
Niemal wakacje. Jeszcze tylko dwa tygodnie i wyjeżdżamy. A dziś pogoda niczym w tropiku. 32 stopnie bez szansy na cień. Niemal każdy w Belgii uśmiechnięty. Tylko nam pot stróżkami rzeźbi plecy i rosi czoła. Nawet ubrałem koszulkę z napisem „I hate the sun” (nie cierpię słońca), którą dostałem od Pinki jakiś czas temu. Za każdym razem kiedy ją zakładam wywołuję nie lada sensację na ulicy. Ludzie stukają się w czoło, śmieją się w głos, podchodzą pytają itd. Nic dziwnego w kraju gdzie 300 dni w roku, to dni deszczowe nie należy się dziwić tej reakcji. Ja należę do tych, którzy nie lubią nawet tych 50 dni w roku, kiedy świeci tu słońce. Tak czy inaczej, w ten upalny dzień wybraliśmy się do Gent (Gandawa) na doroczny festiwal. Polega on jak większość belgijskich festiwali na ogólnym obżarstwie, pijaństwie i hulankach gawiedzi. Muzyka, z gatunków raczej lżejszych nie ma większego znaczenia. Każda nadaje się do tego, żeby przy niej zjeść wypić. Biedni artyści… chałturnicy, wyrobnicy grający do kotleta mają tu co robić. Takich festiwali odbywa się kilkanaście w roku. Każdy z nich jest superważny, tak że Walonowie i Flamandowie zdążają z całego kraju, żeby wziąć w nim udział. Potem są opowieści, dorabiane teorie, historyczne konotacje itp. Nam Gandawa się po prostu podoba. To piękne miasteczko można śmiało porównywać z Wenecją. Podobnie poprzecinana kanałami po których non stop kursują łódki wożące turystów jest co prawda jedynie jej namiastką, ale też i bardzo to włoskie miasto przypomina. Tak więc włóczyliśmy się po ulicach Gent , smakowaliśmy miejscowych specjałów, słuchaliśmy kiczowatej muzyki i chłodziliśmy się wspaniałym piwem. Na zdjęciu nasza ulubiona knajpa pod której powała suszą się szynki Braydel. Ponoć cudownie pełne w smaku. Wydedukowaliśmy, że smak ten nadaje smalec, którym są smarowane na czas suszenia. Niestety jeszcze tej szynki nie dane nam było spróbować. Na śmierć zapomnieliśmy, że ta knajpka jest właśnie tu i zanim do niej weszliśmy spałaszowaliśmy inne dania. Tak więc jedynie popatrzyliśmy z zazdrością na innych gości, którzy zajadali ze smakiem plastry przygotowane przez kucharza. No cóż, może następnym razem….