niedziela, 26 października 2008

Amerykanin, dziwny trójkątny














Pamiętacie bajkę o królu „dziwnym” trójkątnym, któremu przyniesiono jajko „dziwne” okrągłe? To jedna z naszych ulubionych historyjek. Nasunęła mi się na myśl bo nie dalej jak wczoraj przeżyliśmy podobną przygodę z Amerykaninem „dziwnym” amerykańskim, czy grom go wie jakim. Kilka tygodni temu dostałem e-mail od Williama , który oglądał zdjęcia na mojej stronie internetowej i bardzo przypadły mu do gustu. Twierdził, że wybiera się do Brukseli i pytał czy możliwe byłoby spotkanie się z jednym z europejskich polityków. Odpisałem mu, że bardzo dziękuję i że raczej nie jest możliwe osobiste spotkanie z politykiem, którego nie zna. Przynajmniej ja nie wiem jak to można zrobić. Na co on odpisał, że w takim razie miło by mu było spotkać się ze mną i pogawędzić przy kawie. Czemu nie, odparłem i sprawa się skończyła. Zapomniałem już o dziwnym liście kiedy zadzwonił telefon. Było to akurat w czasie szczytu, byłem bardzo zajęty, zdjęcia, korespondencje do radia, wyjazd do Strasbourga. Nie miałem nawet minuty wolnego czasu. Rozmawialiśmy bardzo krótko wymieniając zdawkowe uprzejmości, umówiliśmy się na inny termin i znów prawie zapomniałem o Williamie kiedy przyszedł email. Autor żałował, że nie mogliśmy się spotkać i że następnego dnia wylatuje do Stanów. Akurat mieliśmy wolny sobotni wieczór więc odpisałem, że byłem bardzo zajęty, ale możemy się spotkać. W odpowiedzi za chwilę przyszedł adres hotelu z numerem pokoju. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że to hotel Sheraton. Jeden z najdroższych w mieście. Byłem w nim raz. Kiedy odbywało się tam spotkanie EPP (Europejskich Chadeków). Wchodziliśmy do hotelowego lobby szukając wzrokiem młodego Amerykanina. Przynajmniej takim wydawał się z głosu przez telefon. Oprócz elegancko ubranych bussinessmanów nie widzieliśmy nikogo. Usiedliśmy więc w miękkich fotelach zapadając się głęboko czekaliśmy na rozwój wypadków. Nie upłynęła chwila kiedy jeden z przechadzających się po holu eleganckich mężczyzn podszedł do nas i z uśmiechem wymienił moje imię. Oniemieliśmy na chwilę. Nie był młodym yappiszonem jakiego wyobraziłem sobie na podstawie głosu, a statecznym mężczyzną w sile wieku ze szpakowatymi włosami. Ubrany był w garnitur sprawiający wrażenie bardzo drogiego. Na jego nadgarstku widniał złoty Rolex. Jego nazwa błyszczała niczym znak drogowy. Zmieszaliśmy się nieco, bo spodziewaliśmy się innego spotkania. Nasze stroje daleko odstawały od narzuconego w hotelu standardu. Dżinsy, koszula w kratkę, golf, liche buciki, nijak to nie pasowało do złoceń na ścianach i facetów w garniturach od Bossa. Po chwili jednak mimo tego dysonansu, lody stopniały i nawiązała się między nami nić porozumienia. Pinki opowiadała o wizytach w stanach, on o swojej dawnej polskiej narzeczonej, o wizytach w Europie przed wielu laty o problemach z amerykańskim telefonem, ja o mojej pracy o fotografowanych politykach o podróżach…. William okazał się prostolinijnym, otwartym człowiekiem. Poszliśmy do hotelowego baru. Tam przy białym piwie dowiedzieliśmy się, że przyjechał tu z żoną na spotkanie swojego kościoła : Filadelfijskiego kościoła Boga. Założonego stosunkowo niedawno, bo w latach 80tych ubiegłego wieku. Nie był jednak natarczywym krzewicielem swojej wiary. Wiedząc, że jesteśmy katolikami nie przekonywał nas o słuszności swojej religii. Chciał rozmawiać o europejskiej polityce. Interesowały ważne postaci europejskiego życia politycznego, traktat europejski i jego dalsze losy, sytuacja w Irlandii, stosunek Francji do pozostałej części Europy, najsilniejsze państwa w europejskim bloku gospodarczym itd., itp. Ożywiał się jednak za każdym razem kiedy wymienialiśmy nazwisko Edmunda Stoibera. Wydawało nam się to bardzo dziwne. Nie wiedząc praktycznie nic o polityce w Europie zdawał się być pewien, że to właśnie on, Bawarski przywódca odegra kluczową rolę w historii naszego kontynentu, że już w najbliższym czasie będzie postacią numer jeden w europejskiej polityce. Wiedział o nim bardzo dużo. O skandalach jakie się wokół niego rozgrywały, o jego odejściu ze stanowiska, o jego obecnej roli w Europie, o tym jakim jest stanowczym człowiekiem i jakie ma polityczne powiązania. Cała ta sytuacja była dość specyficzna i zadziwiała nas co chwilę. Z drugiej jednak strony czuliśmy się przy Williamie świetnie. Niczym przy starym kumplu. Spędziliśmy miłe dwie godziny. Pożegnaliśmy się grzecznie życząc szczęśliwego lotu i wróciliśmy do domu rozmawiając całą drogę o zaskakującym spotkaniu. Wciąż nie możemy zrozumieć o co tu chodziło…..