Wycienczeni, postanowilismy dzis nie gotowac tylko dac sie rozpiescic w libanskiej knajpie. Na przystawki wzielismy dania typowe dla tej kuchni. Tabbouleh - burghul, dużo drobno poszatkowanego ogorka, kolendra, mieta i in. swieże ziola. Moutabal - pasta z opiekanych bakłazanow, tahiny, jogurtu i czosnku. Mieszkancy Libanu do kazdej potrawy jedza chleb, ktory ksztaltem przypomina nasze nalesniki. Jest to znakomity, goracy podplomyk. Na drugie wzielismy mieszanki mies z prawdziwego weglowego grilla - kurczak, baranina i chyba kozlina.
Mozg poprobowal znakomitego czerwonego wina, bardzo aromatycznego. Na chwile zlamal diete jak przyszlo do deseru, bo wzielismy cos na ksztalt kaszki manny na orzechowym spodzie i kenafeh - małe ciastko ksztaltem przypominajace rurke, wypelnione słodkim serkiem. Bedziemy tam wracac!