niedziela, 17 stycznia 2010

Wieczor z kuchnia libanska

Sobota uplynela nam pracowicie, bo najpierw pojechalismy na zakupy do Aachen, a potem kupilismy sofe rozkladana na parter. W Niemczech oprocz 4 reklamowek chlebka, wurstow (zartuje) i piwa (chcialabym...) zakupilismy materac do lozeczka Helenki. Za polowe ceny belgijskiej, mamy 2 razy lepszy materac. Po powrocie zaszalelismy i kupilismy sofe do salonu. Teraz goscie beda mieli na czym spac. Przywieziemy ja w nastepna sobote. Potem w jadalni i na parterze zawisly brakujace firanki i zrobilo sie naprawde domowo...
Wycienczeni, postanowilismy dzis nie gotowac tylko dac sie rozpiescic w libanskiej knajpie. Na przystawki wzielismy dania typowe dla tej kuchni. Tabbouleh - burghul, dużo drobno poszatkowanego ogorka, kolendra, mieta i in. swieże ziola. Moutabal - pasta z opiekanych bakłazanow, tahiny, jogurtu i czosnku. Mieszkancy Libanu do kazdej potrawy jedza chleb, ktory ksztaltem przypomina nasze nalesniki. Jest to znakomity, goracy podplomyk. Na drugie wzielismy mieszanki mies z prawdziwego weglowego grilla - kurczak, baranina i chyba kozlina.
Mozg poprobowal znakomitego czerwonego wina, bardzo aromatycznego. Na chwile zlamal diete jak przyszlo do deseru, bo wzielismy cos na ksztalt kaszki manny na orzechowym spodzie i kenafeh - małe ciastko ksztaltem przypominajace rurke, wypelnione słodkim serkiem. Bedziemy tam wracac!