Kto nie zna tych dni, kiedy deszcz od rana do wieczora dzwoni o szyby. Wtedy siadamy przy ciepłym kaloryferze i opierając o niego stopy patrzymy w szarą dal mając nadzieję, że nic nas nie zmusi do wyjścia na zewnątrz. W kroplach deszczu spływających po szybach odległe budynki wykrzywiają się w jesiennych konwulsjach. Zrywający się co chwilę wiatr świszcze między barierkami balkonu i strąca zmokłe pożółkłe liście z pobliskich topoli. Mieszkające na nich sroki nastroszone niczym pierzaste jeże próbują naleźć schronienie pod resztką liści, które ostatkiem sił trzymają się drzew. Oj jak mi ich żal. Siedzieć na gałęzi wystawionym na porywy wiatru, zmokniętym przy temperaturze 2 stopnie. Brrrr. Nawet nie chcę o tym myśleć. Właśnie z tego względu mimo, że mieliśmy dalekosiężne spacerowe plany siedzimy w domu przyglądając się tym jesiennym kaprysom pogody. Na szczęście przez szybę. Za to w kuchni pełne szaleństwo. Dziś pierwszy raz żałujemy, że jesteśmy na diecie. Zaczęło się od kapuśniaku. Hmmm, kapuśniak to chyba zbyt szumna nazwa. Była to kwaszona kapusta ugotowana w wodzie z marchewką i cebulką. I to wszystko. A przecież kapuśniak nieodłącznie wiąże się z wędzonką z ziemniaczkami. Cebulka powinna być przyrumieniona na smalcu, albo ma masełku…. Marzenie! No właśnie! Zaczęliśmy marzyć. O babeczce ponczowej, o serniku, o bajaderce z Białobrzegów, o ciastach z Hortexu , o pączkach mamy , o „zagraju” babci , o nagusie, o plackach ziemniaczanych… ojej chyba łatwiej byłoby wymienić co nam nie przyszło na myśl. Na szczęście to tylko marzenia, bo przed nami jeszcze ponad 190 dni diety i wiele słoninki do zrzucenia. Poza tym komu w te paskudną aurę chciałoby się wychodzić do sklepu? Dziś na obiad kurczak „na krótko” czyli stary sprawdzony przepis mojego dziadka, powielany i poprawiony przez mamę a teraz przystosowany przez nas do diety. Kurczak przed duszeniem traci skórę i cały tłuszcz a następnie natarty majerankiem układany jest na warzywach. Aż prosi się śmietana i masełko, ale nic z tego. To jest wersja dietetyczna. Za chwilę zabieramy się do jedzenia a wam zazdrościmy pięknej jesiennej pogody, spacerów po cmentarzu, spotkania wielu znajomych nie widzianych od dawna i wszystkich tych rzeczy, które robi się w czasie Wszystkich Świętych. A pamiętacie pyszną czerninę u babci Heni zawsze po wizycie na cmentarzu….sobota, 1 listopada 2008
Wszystkich Świętych przy grzejniku....
Kto nie zna tych dni, kiedy deszcz od rana do wieczora dzwoni o szyby. Wtedy siadamy przy ciepłym kaloryferze i opierając o niego stopy patrzymy w szarą dal mając nadzieję, że nic nas nie zmusi do wyjścia na zewnątrz. W kroplach deszczu spływających po szybach odległe budynki wykrzywiają się w jesiennych konwulsjach. Zrywający się co chwilę wiatr świszcze między barierkami balkonu i strąca zmokłe pożółkłe liście z pobliskich topoli. Mieszkające na nich sroki nastroszone niczym pierzaste jeże próbują naleźć schronienie pod resztką liści, które ostatkiem sił trzymają się drzew. Oj jak mi ich żal. Siedzieć na gałęzi wystawionym na porywy wiatru, zmokniętym przy temperaturze 2 stopnie. Brrrr. Nawet nie chcę o tym myśleć. Właśnie z tego względu mimo, że mieliśmy dalekosiężne spacerowe plany siedzimy w domu przyglądając się tym jesiennym kaprysom pogody. Na szczęście przez szybę. Za to w kuchni pełne szaleństwo. Dziś pierwszy raz żałujemy, że jesteśmy na diecie. Zaczęło się od kapuśniaku. Hmmm, kapuśniak to chyba zbyt szumna nazwa. Była to kwaszona kapusta ugotowana w wodzie z marchewką i cebulką. I to wszystko. A przecież kapuśniak nieodłącznie wiąże się z wędzonką z ziemniaczkami. Cebulka powinna być przyrumieniona na smalcu, albo ma masełku…. Marzenie! No właśnie! Zaczęliśmy marzyć. O babeczce ponczowej, o serniku, o bajaderce z Białobrzegów, o ciastach z Hortexu , o pączkach mamy , o „zagraju” babci , o nagusie, o plackach ziemniaczanych… ojej chyba łatwiej byłoby wymienić co nam nie przyszło na myśl. Na szczęście to tylko marzenia, bo przed nami jeszcze ponad 190 dni diety i wiele słoninki do zrzucenia. Poza tym komu w te paskudną aurę chciałoby się wychodzić do sklepu? Dziś na obiad kurczak „na krótko” czyli stary sprawdzony przepis mojego dziadka, powielany i poprawiony przez mamę a teraz przystosowany przez nas do diety. Kurczak przed duszeniem traci skórę i cały tłuszcz a następnie natarty majerankiem układany jest na warzywach. Aż prosi się śmietana i masełko, ale nic z tego. To jest wersja dietetyczna. Za chwilę zabieramy się do jedzenia a wam zazdrościmy pięknej jesiennej pogody, spacerów po cmentarzu, spotkania wielu znajomych nie widzianych od dawna i wszystkich tych rzeczy, które robi się w czasie Wszystkich Świętych. A pamiętacie pyszną czerninę u babci Heni zawsze po wizycie na cmentarzu….