
Mecz trzymał w niezwykłym napięciu i mimo, że polska drużyna jest znacznie wyżej klasyfikowana w rankingach niż belgijska to z ledwością wygraliśmy spotkanie. Przyczyna leży w nieobecności 4 najlepszych zawodników, co w składzie siatkarzy stanowi ponad połowę. Nasi czołowi gracze byli kontuzjowani po występach w Pekinie. Mogli się więc pokazać szerszej publiczności młodzi gniewni. Pokazali się i popełniali całą masę błędów. Na szczęście rozgrywka zakończyła się pozytywnie, jednak kosztowała kibiców sporo nerwów. Obydwoje uznaliśmy, że siatkówka kobiet wzbudza znacznie więcej emocji. Męska wersja tej gry jest przesycona testosteronem i bardzo często zamiast finezyjnych, technicznych zagrywek obserwujemy siłowe rozwiązania. Wracając do meczu, Pinki oglądała go do połowy a później wyjechała po Krzyśka, który wstąpił do nas w drodze do Walii. Razem przyjechali już na samą końcówkę meczu. Wieczorem wspólnie zjedliśmy kolację i po kilku godzinach pogawędek i chwili wypoczynku wyruszył w dalszą drogę. Mamy nadzieję, że dojechał, bo nie odezwał się od wczoraj. Z Krzyśkiem zwanym „Szuwarkiem” tak już jest, że chadza własnymi ścieżkami niczym kot. Trzeba powiedzieć, że w sumie spędziliśmy miły weekend. W planach był jeszcze wypad na arabski rynek, po zapas owoców, ale tak bardzo lało od samego rana, że przesiedzieliśmy pod kocami całe przedpołudnie czytając książki. Dziś znacznie lepsza pogoda. Chyba po tygodniowych opadach doczekaliśmy się kilku dni słońca, ale nie zapeszajmy.