Weekend przywitał nas deszczem. Sobota była szara, smutna, z kroplami dzwoniącymi o szybę i wiatrem hulającym za oknem. Wychodząc trzeba było wdziewać kalosze. Nad wieczorem rozpogodziło się i na niebie pojawiły się gwiazdy. Dzięki Thierremu właśnie wieczorem poznaliśmy kolejne miejsce gdzie na pewno wrócimy. Malutką wietnamską restaurację. Pisząc wietnamska restauracja przywołuję na myśl te z Polski. Zatęchłe bary z tłustym, nic nie mającym wspólnego z tamtejszą kuchnią jedzeniem. Tu było czysto, schludnie, pachniało kwiatami i wykwintnymi daniami. Jednak ceny w menu były niezbyt wygórowane. Jedliśmy różne mięsa z rusztu. Wybraliśmy te dozwolone na diecie czyli kurczaka, wołowinę i baraninę. Wszystko chude, bez grama tłuszczu, we wspaniałych dalekowschodnich przyprawach. Palce lizać. Do tego warzywa. Raj dla podniebienia. Przyozdobione kwiatem storczyka i podane przez wietnamską piękność. Super miejsce. Na pewno tam wrócimy. Po kolacji, która nas nasyciła, ale nie spowodowała, że byliśmy ociężali i senni, wręcz przeciwnie, pełni energii i radości ruszyliśmy na podbój studenckiego pubu. Wystrój żaden, ale atmosfera bardzo fajna. I co ciekawe w takich miejscach tu w Brukseli można czuć się w pełni bezpiecznie. Nie ma zataczających się pijaków, są za to ludzie którzy chcą spędzić miły wieczór. Taki też miły wieczór spędziliśmy i my. Thierry nieco narzekał na ból pleców, ale mimo to chciał wyjść na miasto. Siostra nastawiała mu kręgosłup po kontuzji jakiej doznał biegając, ale jak twierdzi jest już lepiej. Tak więc było miło i wróciliśmy do domu dość późno. Dziś pojechaliśmy na doroczne święto naszej dzielnicy. Wygląda to podobnie do polskich odpustów. Sądzimy, że i tu był to kiedyś odpust. Dzielnica nazywa się St Lambert (Święty Lambert) i pewnie dziś jest jego święto, ale nie mamy gdzie tego sprawdzić. Święty Lambert był biskupem w Maestricht w 633 roku. Stał się ofiarą strasznego mordu podobnie jak jego wuj, wcześniejszy biskup tego miasta. Stare dzieje. Tak czy inaczej mieliśmy kolejną okazję do wypicia szklaneczki Mojito. Obecnie w Belgii to wielki przebój barów i różnego typu fet. Pija się to przy każdej okazji. A że rum z miętą i syropem z trzciny cukrowej bardzo nam smakuje wychyliliśmy nieco na konto Lamberta. No tak, do diety to się ma nijak, ale poza tym trzymamy się dzielnie i co ważne chudniemy co już widać. Tak uradowani wróciliśmy do domu.niedziela, 14 września 2008
Św Lambert, kuchnia wietnamska i mojito
Weekend przywitał nas deszczem. Sobota była szara, smutna, z kroplami dzwoniącymi o szybę i wiatrem hulającym za oknem. Wychodząc trzeba było wdziewać kalosze. Nad wieczorem rozpogodziło się i na niebie pojawiły się gwiazdy. Dzięki Thierremu właśnie wieczorem poznaliśmy kolejne miejsce gdzie na pewno wrócimy. Malutką wietnamską restaurację. Pisząc wietnamska restauracja przywołuję na myśl te z Polski. Zatęchłe bary z tłustym, nic nie mającym wspólnego z tamtejszą kuchnią jedzeniem. Tu było czysto, schludnie, pachniało kwiatami i wykwintnymi daniami. Jednak ceny w menu były niezbyt wygórowane. Jedliśmy różne mięsa z rusztu. Wybraliśmy te dozwolone na diecie czyli kurczaka, wołowinę i baraninę. Wszystko chude, bez grama tłuszczu, we wspaniałych dalekowschodnich przyprawach. Palce lizać. Do tego warzywa. Raj dla podniebienia. Przyozdobione kwiatem storczyka i podane przez wietnamską piękność. Super miejsce. Na pewno tam wrócimy. Po kolacji, która nas nasyciła, ale nie spowodowała, że byliśmy ociężali i senni, wręcz przeciwnie, pełni energii i radości ruszyliśmy na podbój studenckiego pubu. Wystrój żaden, ale atmosfera bardzo fajna. I co ciekawe w takich miejscach tu w Brukseli można czuć się w pełni bezpiecznie. Nie ma zataczających się pijaków, są za to ludzie którzy chcą spędzić miły wieczór. Taki też miły wieczór spędziliśmy i my. Thierry nieco narzekał na ból pleców, ale mimo to chciał wyjść na miasto. Siostra nastawiała mu kręgosłup po kontuzji jakiej doznał biegając, ale jak twierdzi jest już lepiej. Tak więc było miło i wróciliśmy do domu dość późno. Dziś pojechaliśmy na doroczne święto naszej dzielnicy. Wygląda to podobnie do polskich odpustów. Sądzimy, że i tu był to kiedyś odpust. Dzielnica nazywa się St Lambert (Święty Lambert) i pewnie dziś jest jego święto, ale nie mamy gdzie tego sprawdzić. Święty Lambert był biskupem w Maestricht w 633 roku. Stał się ofiarą strasznego mordu podobnie jak jego wuj, wcześniejszy biskup tego miasta. Stare dzieje. Tak czy inaczej mieliśmy kolejną okazję do wypicia szklaneczki Mojito. Obecnie w Belgii to wielki przebój barów i różnego typu fet. Pija się to przy każdej okazji. A że rum z miętą i syropem z trzciny cukrowej bardzo nam smakuje wychyliliśmy nieco na konto Lamberta. No tak, do diety to się ma nijak, ale poza tym trzymamy się dzielnie i co ważne chudniemy co już widać. Tak uradowani wróciliśmy do domu.