piątek, 11 kwietnia 2008

Przygoda z rowerzystką w roli głównej


Dziś wprost niewiarygodna historia, która miała miejsce wczoraj, a której byliśmy świadkami i współuczestnikami. Po pracy z wrodzonego łakomstwa postanowiliśmy odwiedzić naszą od soboty ulubioną wietnamską knajpkę Da Kao. Wyśmienite jedzenie które tam serwują, jest w stanie wykrzesać energię z każdego leniwego studenta. Dalekowschodnie zupy i stir-fry z woka rozgrzewanego nad buchającym strzelistym płomieniem paleniskiem pozastawiają niezapomniane wspomnienia. Poza tym musieliśmy się nieco oderwać od książek poświęconych rozważaniom nad życiem i śmiercią. Po zaznajomieniu się z traktatem duńskiego egzystencjalisty Kirkeggarda doszliśmy do wniosku, że nie pozostaje nam nic innego, jak poddać się jego myśleniu i przyjemnościami kulinarnymi unicestwić odwieczny lęk przed nicością wynikającą z samego naszego istnienia. Kierując więc nasz pojazd ku staremu centrum Brukseli zwanemu wiadomo czemu ‘brzuchem’ widzieliśmy pracujących przy drodze robotników zajmujących się transportowaniem towarów zewnętrzną windą. To akurat dość powszechna praktyka, jednak jeden z robotników odegra nie małą rolę w naszej historii. Robotnicy krzątali się koło swojego pojazdu i nagle z bagażnika jadącego przed nami roweru spadła torebka. Tuż pod nogi jednego z nich. Kobieta, która kierowała rowerem nie zauważyła zniknięcia bagażu. Nacisnąłem kilkukrotnie na sygnał, jednak ona jechała dalej i dalej powoli znikając nam z oczu. Widzieliśmy, że robotnik podnosi torebkę, więc nacisnąłem na gaz, żeby ją dogonić, będąc pewnym bezpieczeństwa torebki. W końcu po krótkim pościgu rowerzystka nacisnęła na hamulec, a Pinki uchylając okno opowiedziała co się stało. Widać było przerażenie w jej oczach. W torebce miała wszystko. Kart kredytowe, telefon, portfel, klucze do domu, słowem wszystko co przeciętna kobieta nosi w torebce. Zawróciła natychmiast i podjechała do robotnika. Minęło może 30 sekund a moze minuta od momentu, kiedy torebka upadła na jezdnię a my widzieliśmy robotnika podnoszącego ją z ziemi. Po prośbie o oddanie torebki, ubrany w drelich jegomość zrobił ogromne oczy i stwierdził, że nie ma czasu, nic nie widział, nic nie podnosił, nie słyszał w ogóle nic na temat jakiejś tam babskiej torebki. Obserwowaliśmy tę scenę. Do akcji włączyła się Pinki. Wskazywała na człowieka, który podniósł torebkę. Ten jednak obrał taktykę pójścia w zaparte. Użyczyliśmy rowerzystce telefonu. Zadzwoniła na policje. Pinki dała swoją wizytówkę i powiedziała, że jakby coś to obydwoje możemy zeznawać w tej sprawie. Już mieliśmy odchodzić kiedy jeszcze jedna myśl zaświtała nieszczęsnej kobiecie w głowie. Może by tak zadzwonić na własną komórkę i wówczas, moze usłyszymy gdzie się znajduje. Nadstawialiśmy ucha, ale huk przejeżdżających samochodów zagłuszał niemal wszystko. W pewnym momencie usłyszałem coś, jakby sygnał, bardzo odległy. Spróbowaliśmy raz jeszcze, ale tym razem nic. To musiała być pomyłka-pomyślałem. Zostawiliśmy kłócącą się z robotnikami kobietę. Cóż więcej mogliśmy zrobić. Byliśmy pewni na 100%, że zostawiamy ją ze złodziejem ale równiez ze zbliżającą się policja i tysiącami przechodniów wokół. Jakby coś to, będziemy zeznawać. Co to jednak da. Torebki nikt jej nie zwróci, a sprawa w sądzie będzie się ciągnąć latami…. W nienajlepszych humorach pojechaliśmy do Da Kao. Na stole pojawiały się gorące półmiski, a my delektowaliśmy się ich zawartością. Co chwile jednak wracaliśmy do tematu rowerowej nieszcześniczki. W pewnym momencie zadzwonił telefon. To policja. Pytali co się stało. Najwyraźniej nie potrafili odnaleźć kobiety na ulicy… Byliśmy niemal pewni, że policja jej nie pomogła. Jeszcze dziś rano jadąc do pracy zastanawialiśmy się na zakończeniem tej historii. I jaka była niespodzianka, gdy wśród służbowych maili Pinki odnalazła informację. „Bardzo dziękuję za pomoc, chciałabym poinformować, że wczorajsza przygoda zakończyła się w nieoczekiwany dla mnie sposób”. Dalej opisywała rozwój wypadków: po naszym odjeździe i ponad pół godzinnym oczekiwaniu na policje, postanowiła, że nie ustąpi zażądała od robotnika pokazania dokumentów. Ten stwierdził, że nie ma nic do ukrycia i wyjął dowód. Ta na to, że skoro nie ma nic do ukrycia, to czy mogłaby obejrzeć dokładnie jego samochód. Otworzył furgonetkę. W kabinie torebki nie było. Może zatem w ładowni… pewnym ruchem otworzył drzwi. Jak ogromne było zdziwienie kiedy na podłodze furgonetki spokojnie, spoczywała brązowa torebka, dokładnie ta, która spadła z roweru…. A my myśleliśmy, że Polska to kraj drobnych złodziejaszków…..