środa, 6 lutego 2008

Karnawal w Binche

Decyzja zapadla wczoraj podczas lunchu. Nie jedziemy! Pogoda marna, typowo belgijska. Leje, zimno, nieprzyjemnie tak bardzo, ze chce sie usiasc w domu, pod kocem, napic goracej herbaty i zaglebic w myslach o dalekich podrozach w cieplejsze i mniej deszczowe regiony. Poza tym, przekonala mnie rozmowa z Olivierem, ktory potwierdzil wczesniejsze pogloski, ze jesli chce zrobic dobre zdjecia to powinienem byc tam w ostatki o 4 rano! O nie! Tyle lat wstawalem w srodku nocy! Nic mnie z lozka wczesniej niz o 7 nie wygna! Tak wiec dezycja byla prosta. Pinki zreszta za kazdym razem kiedy tylko wspominalem o Binche patrzyla na mnie tym swoim blagalnym wzrokiem. Jak moglbym... Wystarczy to co przezylismy tam w ubieglym roku czekajac kilka godzin na mrozie na kiepska w stylu nie parade a paradke czy nawet paradunie. Beznadziejnie kiczowate widowisko, czego parada na pewno nie da sie nazwac a juz ze stu procentowa pewnoscia nie karnawalem na miare umieszczenia na liscie UNESCO. Cala zabawa polega glownie na piciu do nieprzytomnosci i zabawie przy wybijanym na strazackich bembnach (przez kilka dni non-stop) hipnotycznym rytmie samby. No tak, do totalnego odlotu tym ludziom nie potrzeba narkotykow. Wystarczy spojzec w ich oczy... ale moze to tylko efekt wypicia zbyt duzej ilosci belgijskiego piwa.


Tak wiec zostalismy w domu. Grajac w skrable (znow wygralem tadaam) i popijajac drinki spedzilismy ostatkowy wieczor. Z ciekawostek na temat karnawalu: dowiedzielismy sie, ze nazwa miejscowosci pisana Binche a do tej pory wymawiana przez nas Binsz to tak naprawde Bansz czy raczej cos miedzy Bansz a Bensz. Dlatego pewnie za kazdym razem kiedy opowiadalismy o naszym nieudanym wypadzie w ubieglym roku wszyscy zastanawiali sie gdzie bylismy??? Inna charakterestyczna rzecza jest bitwa na pomarancze, ktora odbywa sie podczas karanwalu wlasnie w ostatki. Zaobserwowane przez nas rok temu zasloniete druciana siatka, deskami i czym sie tylko da okna i drzwi byly zabezpieczone przed ta batalia. Rozbawiony, pijany tlum w ostatkowy wieczor otrzymuje dodatkowe narzedzie w swoje rece w postaci darmowych pomaranczy i madarynek, ktore zaczyna po chwili traktowac jak kule armatnie obrzucajac wszystko w okol rozbryzgujaca sie mazia... powstala na skutek uderzenia pomaranczy o okoliczne budynki i wspoltowarzyszy zabwy. Po glebszych przemysleniach... to chyba nie jest atrakcja dla przecietnego i co najistotniejsze trzezwego turysty. Zaczynamy sie wiec zastanawiac czy robic podejscie do slynnego karanwalu w Binche za rok, ale na te przemyslenia mamy jeszcze 364 dni.