czwartek, 21 sierpnia 2008
Alpy
Wizyta w Awinionie okazala sie krotka, jak I malo tresciwa. Obejrzelismy potezny palac papieski. Brzydki gmach pelen historii. Podczas schizmy zachodniej tu urzedowali wygnani papierze. Jednoczesnie bywalo ich nawet trzech. Zajmowali sie glownie rzucaniem na siebie kolejnych klatw oraz znajdowaniem hakow na przeciwnikow. Trwalo to ladnych kilkadziesiat lat. Z ogrodow papieskich widac pozostalosci slynnego awinionskiego mostu. Niegdys liczyl 22 przesla a teraz mozna podziwiac zaledwie trzy. Sam most niezbyt okazaly ale jego slawa przetrwala dzieki francuskiej piosence dziececej I polskiej.... niestety nie pamietamy kto ja spiewa, ale zdaje sie ze slowa naleza do Baczynskiego. Z Awinionu ruszylismy w kierunku Grenoble. Nasz gnialny gps pokazywal czas dojazdu na 15h00. Droga przez Alpy zajela jednak znacznie wiecej czasu. Naszym celem jest kolejne sanktuarium La Salette. Dotrzemy tam jutro. Dzis za to jadac kretymi serpentynami podziwialismy widoki zapierajace dech w piersiach. W pewnym momencie tuz przy drodze na ogromym glazie zauwazylismy swistaki. Wygladaly zupelnie jak sztuczne. Dopiero jak sie zatrzymalismy, zeby I'm sie przyjzec z bliska czmychnely w zarosla. Piekny dzien ale codzienne pokonywanie kilometrow daje sie nam juz we znaki. Wlasnie dowiedzielismy sie, ze nie spotkamy sie w Lyonie z Thierrym. Jego samochod zepsol sie I nie dotrze do Francji. No coz sami bedziemy zmuszeni podziwiac uroki jego rodzinnych stron. A trzeba powiedziec, ze zupelnie zmienilismy zdanie na temat Francji I Francuzow podczas tej wyprawy. Ludzie nie sa tak zadufani w sobie jak wczesniej sadzilismy. Wszedzie spotykamy sie z pomoca I cieplym przyjeciem. Kraj I'm dalej od Paryza tym czstszy I piekniejszy. Mozna tu znalezc niemal kazdy krajobraz poczawszy od spalonych sloncem rownin a skonczywszy na najwyzszych w europie gorach. Od oceanu po niewielkie gorskie jeziora. Widzielismy uprawy ryzu jak I ogromne winnice czy uprawy lawendy a przeciez to nie koniec wyprawy. Obraz zupelnie laickiego kraju przedstawiany nam przez Thierrego takze sie zmienia wraz z wizyta w kolejnych miejscach kultu. Mozliwe ze laicyzacja kraju postepuje w duzych miastach,ale zupelnie inaczej jest w gorskich wioskach. Jedzenie jest zawsze w najlepszym stylu. Dzis rano dostalismy na "petit dejeune" kawalki bagietki maczane w kozim mleku I jajku I smazojne z cukrem pudrem tak, ze ten sie delikatnie karmelizowal. Palce lizac! Oraz wlasnej roboty croissanty. Zyc tu I nie umierac. Piekny kraj.